Wirus a wielka sprawa kapitalizmu światowego

Kapitalizm i kryzys to jedna rodzina. Hossa i bessa, skutek i przyczyna.

(alternatywna
piosenka ludowa)

Żyjemy w kapitalizmie. Od zakończenia zimnej wojny, którą wygrał obóz kapitalistyczny, globalny kapitalizm w swojej imperialnej formie stał się standardem cywilizacyjnym na planecie. I już bez większych zakłóceń przystąpił do swojej głównej pracy: gromadzenia coraz większej części zasobów planetarnych w rękach (pod kontrolą) coraz mniejszej liczby osób. Od 30 lat idzie mu to coraz lepiej i już możemy zobaczyć, jakie to daje skutki długoterminowe.

Pierwsza zasada rynku spekulacyjnego to sprzedawaj drogo, kupuj tanio. Nie da się jej wykorzystać, jeśli nie ma hossy i bessy. Jeśli cena zasobów (środków produkcji, mówiąc najszerzej) tylko rośnie albo tylko spada, nie ma jak wygenerować zysków, a przede wszystkim nie ma jak tanio kupować. Dlatego, cytując poetę, kapitalizm potrzebuje kryzysów jak jarmużu bedłki.

Każdy spekulant działa tak samo. Czy chodzi trzy akcje Banku Śląskiego (ech, wspomnienia…) czy o mieszkanie na wynajem, czy o skromne parę tysięcy hektarów ziemi, prawdziwy kapitalista będzie szukał okazji, żeby je sprzedać w szczycie hossy, a potem te same (albo im równoważne) dobra odkupić w dołku, na przykład o 30% taniej. Kasa na tym zaoszczędzona pójdzie oczywiście na powiększenie stanu posiadania. Bo celem kapitalisty nie jest wydawać więcej na konsumpcję, tylko zwiększać swój produktywny majątek.

Są kryzysy i kryzysy.

Oczywiście nie każdy kryzys jest źródłem zysków dla każdego spekulanta. Abacki ze swoimi akcjami pracowniczymi może „grać na giełdzie” w cyklu 3-4-miesięcznym najwyżej, o ile mu nerwy wytrzymają. Jak zarobi 20% w jednym cyklu, to będzie szczęśliwy (a zysk z tego szczęścia przepije). Ale jakby padła cała gospodarka, to Abacki wyprzeda swój portfelik i nie wiadomo kiedy znów się odważy cokolwiek zainwestować. Zresztą będzie mieć inne problemy na głowie: gdzie mieszkać i za co żyć.

Babacki natomiast, który swój portfel inwestycyjny liczy w fabrykach, a nie w pojedynczych akcjach, weźmie kredyt pod jego zastaw i postara się kupić jak najwięcej i jak najtaniej — bo wiadomo, że rynek musi pójść w górę. Babacki na to może poczekać latami. Najwyżej zaciśnie pasa i pomieszka trochę w Tajlandii czy innym tanim miejscu.

Cabacki, który jest kapitalistą na skalę międzynarodową, w ogóle mało interesuje się fabrykami, a co dopiero akcjami. Jego portfel to ziemia orna, prawa do wody, koncesje na wydobycie minerałów i rezerwaty przyrody. Katastrofy ekologiczne, pandemie czy inne kryzysy to tylko kolejne wyprzedaże, z których skrzętnie korzysta. Powoli staje się właścicielem coraz większego kawałka planety…

Wirusowa Wyprzedaż.

Pandemia COVID-91 sama w sobie nie jest jakąś wyjątkową katastrofą medyczną. Jest krachem infrastruktury społecznej, którą kapitalizm wyżarł od środka, pod pozorem optymalizacji. Jest też krachem poczucia bezpieczeństwa, które inżynieria społeczna wbijała w głowy tych, co nie przeżyli zimnej wojny. Jest wreszcie pierwszą naprawdę globalną okazją wzbogacenia się dla poważnych kapitalistów.

Zamknięte z tygodnia na tydzień całe sektory gospodarki. Pozrywane łańcuchy dostaw. Małe i średnie firmy wypadające z biznesu, gotowe do likwidacji lub przejęcia przez sieciowe giganty. Prekariusze i prekariuszki zamknięci w domach i pilnowani przez policję, żeby nic nie kombinowali. Ale Amazon i firmy ochroniarskie werbują na potęgę. A w sieci wabią ogłoszenia „Twój kraj Cię potrzebuje! Zostań hackerem! W sektorze cyberbezpieczeństwa nie ma recesji!”

Jak ktoś celnie zauważył, kryzysy przydarzają się nam, a rozkwit gospodarczy — kapitalistom. I tu nie ma wyjątku. Ale to wciąż jeszcze niepełny obraz.

Wielka Czystka.

Pandemia, jej medyczne i niemedyczne skutki mają z punktu widzenia kapitalizmu jeszcze jedną zaletę. Bez wchodzenia na grząski grunt eugeniki i depopulacji, pozwalają działać siłom natury, bez obciążania kogokolwiek odpowiedzialnością za decyzję, kto ma umrzeć. Owszem, jeden czy drugi doktor, czy tam pielęgniarka poprzeżywa trochę stresów egzystencjalnych. Ale ludzie, których decyzje zdemontowały systemy obrony cywilnej, obcięły finansowanie zabezpieczeń przed klęskami biologicznymi, którzy ochronę zdrowia przekształcili w biznes — oni i one nie poniosą żadnej odpowiedzialności. W warunkach niedostatecznych środków, braku leków, respiratorów i karetek pogotowia neoliberalny darwinizm dzielnie macha kosą. Domy pomocy społecznej, obozy uchodźców, slumsy, obozowiska bezdomnych, kraje rozwijajace się — wszędzie tam odbywa się przetrzebianie stada. Poza kadrem mediów, poza narracją facebooka, poza wszelkimi statystykami. Żadnego spłaszczania krzywej, skoro i tak nie dostaniesz się do szpitala. Why bother?

Świat wyjdzie z pandemii (gotów do następnej — nie łudź się) lżejszy o ileś-tam dusz. Zupełnie przypadkowo tych właśnie, które dla kapitalizmu są tylko obciążeniem: ani to znaczący konsumenci, ani produktywni robotnicy, ani nawet mięso armatnie. Za to ciągną z systemu i zajmują niepotrzebnie zasoby. Niech sobie idą do lepszego świata, o ile taki istnieje.

Społeczeństwo wyjdzie z pandemii znacznie lepiej wychowane. Poddane absurdalnym przepisom, egzekwowanym pod groźbą drakońskich kar. Sterroryzowane lekiem przed nieznanym. Liczące cichcem puste miejsca po tych, co nie mieli tyle szczęścia, aby przeżyć.  Znające tylko jedną drogę ocalenia: bezwzględne posłuszeństwo władzy i piętnowanie każdego odruchu oporu. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku i musimy być posłuszni — przez jednego nieposłusznego wszyscy zginiemy. Oto wyznanie wiary, w sam raz na czasy Wszechkryzysu. W sam raz dla władców i właścicieli oczywiście.

Nic nowego pod słońcem…

W miarę jak piszę ten tekst, siedząc w społecznej kwarantannie mieszkania treningowego, opada ze mnie gniew i smutek. Uświadamiam sobie, że te same kłamstwa wpajano też mojemu pokoleniu, pod groźbą śmierci atomowej. Uświadamiam sobie, że pewnie jeszcze za mojego życia będziemy przechodzić kolejne kryzysy — kolejne odsłony Wszechkryzysu, który cywilizacja przemysłowa ściągnęła na własną głowę. Za każdym razem będziemy poddawani tej samej tresurze. I za każdym razem część z nas będzie stawiać opór, będzie szukać alternatyw, będzie walczyć — głupio albo mądrze, do zwycięstwa albo do śmierci.  I nie jest aż tak superważne, który z tych efektów osiągniemy.

Oto co znaczy być człowiekiem: widzieć zasadniczą, egzystencjalną bezowocność wszelkiej swej działalności, wszystkich dążeń — i działać, dążyć do czegoś. Oto co znaczy być człowiekiem: sięgać wciąż po to, co jest nieosiągalne. Oto co znaczy być człowiekiem: żyć wiecznie lub umierać próbując. Oto co znaczy być człowiekiem: wiecznie zadawać pytania, na które nie ma odpowiedzi w nadziei, że zadawanie ich w jakimś stopniu przybliży dzień, kiedy odpowiedź na nie zostanie udzielona. Oto co znaczy być człowiekiem: walczyć w obliczu pewnej klęski.

Oto co znaczy być człowiekiem: nie poddawać się.

Joan & Spider Robinson, Gwiezdny Taniec

 

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x