Osiem miliardów motyli

Co jakiś czas Michał Czepkiewicz zapładnia mnie nową ideą, a co najmniej nową perspektywą — za co jestem mu niezmiennie wdzięczny. Potem rodzą się z tego różne rzeczy (jak na przykład TePeWu), za które proszę go już nie winić.

Ostatnio, przy okazji rozmowy o komunalizacji mieszkalnictwa, pojawiła się kwestia wiary, skłaniającej daną osobę do poświęcania czasu i energii jakiejś konkretnej formie i kierunkowi działania.

Jest to przekonanie, zwykle namiętnie racjonalizowane, że taki jest właśnie najlepszy sposób dokonania w świecie zmiany, o którą nam wszystkim chodzi. I, jak to celnie wypunktowała kiedyś Starhawk, najtragiczniejsze i najbardziej marnotrawne są wojny między zwolennikami różnych sposobów czynienia tego samego dobra.

W naszej z Michałem rozmowie najpierw powiedziałem, jak to ekstrawertyk, a dopiero potem uświadomiłem sobie w pełni, że nie mamy innego punktu oparcia niż wiara. Jako walczącemu arbitraliście, bardzo mi to pasuje: otwarte oparcie się na niedowodliwych aksjomatach (ale cała reszta już rygorystycznie racjonalna) jest trudną, ale uczciwą i nieuniknioną drogą.

A dlaczego nieuniknioną? Bo nie wiemy. Nic nie wiemy. Nie wiemy nawet, czego nie wiemy.

Złożoność świata i emergentność skutków naszych poczynań powoduje, że wszystkie nasze plany są (tylko lub aż) fantazjami. Oczywiście, jeśli chcemy, żeby się ziściły, potrzebujemy działać. A żeby działać, potrzebujemy wierzyć, że się ziszczą. Ale spodziewać się, że ziszczą się choćby w przybliżeniu tak, jak je wymyśliliśmy, to skazywać się na wieczną frustrację.

I tu swój łeb unosi — prześladująca mnie ostatnio — dialektyka świata.

Z jednej strony potrzebujemy wiary, że nasze plany mają sens i są choćby w przybliżeniu możliwe do zrealizowania. Z drugiej, potrzebujemy świadomości, że najpewniej ich realizacja będzie inna, niż sobie umyśliliśmy, a skutki całkiem inne (i znacznie szersze) niż nasze intencje. W narracji „efektu motyla” każde z nas jest takim motylem. Wyobraźcie sobie: prawie osiem miliardów motyli…

Narzuca mi się teraz kilka maksym mistyczno-religijnych, ale nie o odniesienia kulturowe tu chodzi. Tu chodzi o uświadomienie sobie, jak mi powiedział pewien nauczyciel sztuk walki, że nic nie osiągniemy, dopóki nie pogodzimy się z własną bezsilnością. Dopiero wtedy możemy szukać dróg działania.

„Motylowość” naszej sytuacji niesie też pewne implikacje dla odpowiedzialności moralnej, czyli skutków naszych działań ocenianych w kategorii dobro/zło — ale to już temat na inną okazję.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x