Mój stary to fanatyk wędkarstwa

Uwagi na temat kapitalizmu, alienacji i sprawczości.

Zaczęło się na leftawce…

SW:

„Możecie mi wyjaśnić, co to jest „alienacja” w kontekście kapitalizmu w myśli lewicowej? Wiem, co to słowo potocznie oznacza, ale spotkałem się tu i ówdzie z opinią wśród lewicowców, że kapitalizm prowadzi do alienacji jednostki i nijak nie rozumiem, co ma jedno z drugim wspólnego. Domyślam się, że to jakiś skrót myślowy.”

ŁS:

„głębszy temat – polecam ‚pracę wyobcowaną’ Marxa przeczytać, w miarę krótki esej”

MZ:

„To jedna z tych rzeczy którą wydaje mi się że w miarę rozumiem na najbardziej podstawowym poziomie i brzmi logicznie, a jednocześnie mam wrażenie że nie ma to sensu, jakby mi się styki w mózgu nie łączyły i brakowało momentu olśnienia.”

…i pooszło.

Można i bez Marksa

Problem z alienacją jest taki sam jak zawsze: zajmujemy się pojęciami sformułowanymi kilka generacji kulturowych temu, w językach o innej strukturze niż polski i używanych w wielu dziedzinach wiedzy w różnych kontekstach. To trochę tak, jakbyśmy się zastanawiali, co ma wspólnego Jezus z musztardą, a nawet z gazem musztardowym. (Łk 17:5-6)

Jak ktoś się upiera, żeby rozkminiać alienację jako taką, szczególnie w kapitalizmie, to moim ulubionym kapitalistycznym źródłem jest jak zwykle encyklopedia stanfordzka, która jest całkiem niemarksowska, ale za to dość kompetentna.

Zwłaszcza punkt 3.2. — fetyszyzm, czyli władza przedmiotów (konstruktów) nad ludźmi — jest tu adekwatny.
Alienacja odnosi się więc nie do człowieka, ale do konstruktu, który oddziela się od ludzkiego kontekstu (zaspokajania konkretnych potrzeb) i staje się fetyszem/idolem (bardziej więc idolatria niż fetyszyzm w potocznym polskim, znaczeniu, ale też), który wyznawany jest dla samego siebie, a nie dla swojej użyteczności.

Kiedy przymusowo żyjemy w wyalienowanym świecie, a więc świecie, gdzie nie mamy wpływu na to, co robimy i jak się realizujemy (bo bałwochwalcze społeczeństwo nas zmusza do zachowań wyalienowanych, rytualnych), nasza frustracja rozładowuje się na różne sposoby (patrz moja teza, że hobby etc. to kompensacyjny konstrukt kapitalizmu) a jeśli nie jest to wystarczające, prowadzi do wyuczonej bezradności, z jej wszelkimi konsekwencjami. NB dlatego właśnie promuję sprawczość jako jeden z filarów #TePeWu.

SW:

„hobby jest konstruktem kapitalizmu? To w socjalizmie ludzie nie mieliby zainteresowań?”

Jednym z dążeń kojarzonych z socjalizmem jest doprowadzenie do syntezy hobby i pracy, w efekcie anulowanie tej dychotomii. Ponieważ w kapitalizmie za pracę wyalienowaną (w niemarksowskim sensie, musimy pamiętać, że w tej rozmowie alienacja pojawia się w dwóch znaczeniach) płaci się, a niewyalienowaną traktuje się jako hobby, wolontariat czy inny przywilej, to z kapitalistycznego punktu widzenia chodzi raczej o likwidację pracy. #BobBlackWiecznieŻywy

Jeśli założymy, że (uogólniony) socjalizm zminimalizuje alienację (jednak istnieje zapotrzebowanie na rytuały, więc tu szukamy raczej niezerowego poziomu) i zapewni ludziom co najmniej wystarczający poziom sprawczości, to jak najbardziej będzie tam fajnie żyć.

MS:

Wykonywanie czegoś, co jest jednocześnie pracą i hobby, jest na pewno idealną i pożądaną sytuacją. O ile jednak z łatwością sobie można wyobrazić, że prawie każda gałąź produkcji i usług może być jednocześnie hobby (przy założeniu, że wykonuje się ją w komfortowych, przyjaznych i miłych warunkach, a nikt nie grabi po drodze owoców tej pracy) to są jednak zajęcia, które na zawsze pozostaną nieprzyjemnym przymusem, mimo że jest to jak najbardziej praca. Chociażby czyszczenie szaletów czy wypompowywanie szamb – trudno stwierdzić, że to mogłoby być czyjeś hobby :).

Hobby nie, bo hobby jest działaniem kompensacyjnym. Ale niewyalienowaną pracą, jak najbardziej. Jako wolontariusz w miejscu permakulturowym wynosiłem do ogrodu wiadra z toalety kompostującej — na zmianę z innymi użytkownikami — i nie miałem z tym żadnego problemu. Taki sam kawałek wspólnej aktywności jak zamiatanie podłogi, czy mycie naczyń.

Z tym hobby, to trochę tak jak ze związkami zawodowymi. Zadałem raz — w bardzo porządnym anarchistycznym gronie — pytanie A co zrobimy ze związkami zawodowymi, jak już nie będzie kapitalizmu? i zapadła taka cisza, jakby czterolatek na rodzinnym przyjęciu zawołał „SEKS!”

A tak konkretnie?

Wydaje mi się, że kluczowe jest przyjęcie dwóch tez:

  1. Że mówimy o cechach (alienacja różnych konstruktów i poczucie sprawczości człowieka), które są stopniowalne.
  2. Że optymalne poziomy tych cech dla każdej osoby mogą być różne.

MZ:

„Zrozumiałem wszystko poza punktem pierwszym. […]Rozumiem słowa ale nie sens. Umiałbyś to wyjaśnić używając innych słów albo formy?”

No dobra, to wróćmy do niemarksistowskiej koncepcji alienacji (a przynajmniej jednego z jej aspektów): wyalienowany staje się każdy obiekt (fizyczny lub abstrakcyjny, w sensie entity), który wyjmujemy, w naszej percepcji, z jego użytecznego kontekstu i stawiamy na piedestale (stąd aspekt fetyszyzmu/bałwochwalstwa). Jako że jestem przed kawą, to pierwszy przykład, jaki mi przyszedł do głowy, to dawka dopalacza traktowana jako obiekt kolekcjonerski. Saszetka ziółek postawiona na półce i oglądana, a nie konsumowana, staje się wyalienowana — oddzielona od swojej użyteczności.

Dlaczego piszę, że alienacja jest stopniowalna?

Trzymając się tej koncepcji alienacji spójrzmy dookoła, na procesy dziejące się wokół nas. Zobaczymy bez wątpienia takie, ktore my uznamy za wyalienowane (nie mające praktycznego sensu ani wartości „chyba że mi zapłacą”) ale dla innych będące superważne i pełne sensu. Oczywiście, to działa też w drugą stronę. 😉

Najłatwiejszym przykładem będą tu tematy religijne. Jak pisali założyciele chrześcijaństwa „nasza religia jest głupstwem dla pogan, zgorszeniem dla żydów„, opisując właśnie odbiór norm i zachowań chrześcijańskich jako wyalienowanych. Z drugiej strony np. judaistyczne (i muzułmańskie) pojęcie jedzenia koszernego/halal, zakwestionowane przez chrześcijaństwo, ma co najmniej częściowe uzasadnienie w warunkach higieny i przetwórstwa żywności w danym czasie i miejscu, co czyni je — w percepcji niereligijnej — jak najbardziej zintegrowanym (pozwalam sobie użyć „integralności” jako przeciwieństwa „alienacji” — lepsze propozycje będą mile widziane).

Bliżej naszej codziennej tematyki, dana praca może być wyalienowana w odczuciu pracownika, ale jak najbardziej zintegrowana w poczuciu właściciela fabryki, dla którego jest niezbędna jako środek do generowania zysku (i akumulacji tegoż pod postacią bogactwa).
Akumulacja bogactwa z kolei może być totalnie wyalienowana z punktu widzenia mistyka, podczas gdy dla kapitalisty złotym standardem alienacji będzie „siedzenie i gapienie się we własny pępek” (chyba że na wysoko płatnych zajęciach z medytacji dla bogaczy).

I tu dochodzimy do kapitalizmu i pieniądza. W perspektywie społecznej, im powszechniejsze jest poczucie wyalienowania jakiejś pracy (działalności) tym mniej chętnie ludzie będą ja wykonywać bez dodatkowej zachęty. Ta zachęta przychodzi ze strony osób, które tej pracy same nie chcą lub nie mogą wykonać, ale jej produkt jest dla zintegrowany (użyteczny). W kapitalizmie dominującą formą takiej zachęty jest zapłata. I tu przychodzi nam z pomocą obserwacja praktyczna.
Wysokość oczekiwanej pieniężnej zachęty do wykonania pracy (należącej do grupy prac uzanwanych za wyalienowane, bo nie każda jest tak postrzegana) jest zależna od dwóch czynników:

  • osobistych preferencji („robiłbym to, nawet jakby nie płacili” albo „no nie za takie pieniądze” — o tej samej pracy, np. w rolnictwie)
  • środowiska pracy i społecznej oceny — dlatego pewne zawody, np. policjant czy prokurator z definicji są lepiej wynagradzane…

Dlatego właśnie piszę o zróżnicowanym, z perspektywy indywidualnej i społecznej, poziomie alienacji.

Uprawianie filozofii, zależnie od kontekstu, też może być wyalienowane. Dla mnie sygnałami alientacji w tej dziedzinie (i w większości dziedzin działalności umysłowej) będzie hermetyczność, skupienie na wykazaniu własnej wyższości i unikanie konfrontacji z rzeczywistością, jako testem użyteczności. Nie wszystko musi być użyteczne i zrozumiałe #likeIamfive, ale świadome utrudnianie i zaciemnianie jest kotrrewolucyjne ;-).

Teraz o (poczuciu) sprawczości

Wikipedia (jaka jest, taka jest, ale wspólna nam wszystkim) pisze o sprawczości (nie wprost) tutaj: „dla wyuczonej bezradności istotne jest nie tyle rzeczywiste sprawowanie kontroli nad wzmocnieniami, ale raczej przekonanie o posiadaniu/nie posiadaniu tej kontroli”. Wprost definiuje: „zdolność, dzięki której jednostka może oddziaływać na inne jednostki czy wpływać poprzez takie działanie na szerszą sieć relacji społecznych”, ale oczywiście (czego nie podaje wprost) sprawczość zaczyna się właśnie od kontroli nad własnym życiem. A w każdym razie od poczucia tej kontroli (i tu się robi ciekawie).

Z tej perspektywy wyuczona bezradność jest dla sprawczości tym, czym szkorbut dla witaminy C. Syndromem jej deficytu.

Tak samo jak z witaminą C, „rekomendowane dawki” są kształtowane przez czynniki podmiotowe (metabolizm) i systemowe (konsensus naukowy). W przypadku sprawczości/bezradności możemy przyjąć pojawianie się symptomów depresji jako sygnał, że dostępny osobie poziom (poczucia) sprawczości jest już za niski. Z drugiej strony system społeczny jawnie (ideologia i socjalizacja) i niejawnie (niewypowiedziane normy, szklane sufity itp.) w sposób równy lub nierówny stawia tamę ludzkiej sprawczości. To mam na myśli, pisząc o stopniowaniu.

Każdy_a z nas ma nieco inne minimalne (a prawdopodobnie też maksymalne) zapotrzebowanie na sprawczość i każdemu z nas społeczeństwo umożliwia funkcjonowanie w pewnym przedziale (poziomu) sprawczości. Jeśli te dwa parametry pasują, tzn. nasze minimum mieści się w dozwolonym społecznie przedziale, to możemy z tym żyć, mniej czy bardziej szczęśliwie. Gorzej, jeżeli dozwolone maksimum jest poniżej naszego osobistego minimum — wtedy zaczynają się problemy: wracamy do tematu frustracji, depresji i wyuczonej bezradności. Może też być tak, wspomnę tylko dla porządku, że minimalny dozwolony społecznie poziom sprawczości może też być powyżej naszego osobistego maksimum — co prowadzi do całkiem innej kategorii problemów.

To właśnie miałem na myśli, pisząc o stopniowalności sprawczości.

Lukrowanie pigułki

Kapitalizmowi (personifikuję świadomie, mając na myśli społeczny wzorzec zachowań, motywowany panującą ideologią), zależy na tym, żeby ludzie jednak wykonywali pracę dla kapitalistów. Dlatego, oprócz prostego przymusu (co jest już do imentu opisane na tysiąc sposobów) stosuje on (a dokładnie jego wyznawcy i sługi) dwie nieco bardziej wyrafinowane strategie.

Kultura korporacyjna jako paliatyw alienacji

Kultura korporacyjna spaja pracowników. Daje im poczucie wspólnych celów i misji, jest gwarantem standardów, które obowiązują w przedsiębiorstwie. W miękki sposób oddziałuje na pracowników, którzy – mając poczucie solidarności – starają się pracować jak najefektywniej i chcą dążyć do jak najlepszych osiągnięć zarówno własnych zawodowych, jak i całego przedsiębiorstwa.

Za wykonywanie drastycznie wyalienowanej pracy ludzie oczekują większych pieniędzy. Ale jakby ich przekonać, że ta praca nie jest aż tak wyalienowana, to może by pracowali lepiej za te same pieniądze (albo nawet za mniejsze)?

Tak się (zupełnym przypadkiem, oczywiście) składa, że kapitalizm spowodował znaczną atrofię więzi społecznych, oprócz tych związanych z pracą najemną. Oprócz potrzeby sprawczości, potrzeba miłości i przynależności czy bezpieczeństwa są coraz gorzej zaspokajane w życiu społecznym. Ich zaspokojenie coraz częściej wiązane jest (poprzez logikę rynku i pieniądza) z wykonywaniem pracy najemnej. Pierwszym krokiem oczywiście jest, aby pracownik te potrzeby zaspokajał w miejscu pracy. Aby traktował „firmę” (kolejny konstrukt) jak rozszerzoną rodzinę, a przełożonych jako zastępcze rodzeństwo i rodziców. W ten sposób jego poczucie alienacji złagodnieje, a koszty utrzymania dyscypliny i motywowania do produktywnej pracy znacznie spadną. Co bardziej podatne jednostki będą awansować formalnie, a co najmniej nieformalnie — do pozycji „oczu i uszu kierownictwa”.

Dokładnie temu służą wszelkie zabiegi integracyjne, od „nieobowiązkowych” wspólnych wypadów do klubu, przez celebrowanie rytuałów, zarówno osobistych jak i korporacyjnych, aż do oficjalnych deklaracji wiernopoddaństwa.

Osobista lojalność pracownika, zdobyta metodami inżynierii społecznej, jest najtańszym sposobem pozyskania pracy, bez kłopotania się prawem pracy, związkami zawodowymi, rynkowym wynagrodzeniem itp. Dlatego Human Resources Management (znacząca nazwa) jest jedna z kluczowych dziedzin w kapitalizmie.

Sprawczość wyalienowana i nie

Jeśli pracownik zaczyna identyfikować się z firmą, jest wynagradzany większym poczuciem sprawczości. Jeśli awansuje formalnie, jego rzeczywista sprawczość (w ramach dozwolonych przez włascicieli) może rosnąć w sposób pozornie nieograniczony. Ale to nie załatwia problemu w skali społecznej.

U całkiem sporej grupy ludzi potrzeba sprawczości pozostaje niezaspokojona. Albo są poza obszarem działania kultury korporacyjnej, albo nie działa on na nich w sposób wystarczająco skuteczny. Wychodzi taka osoba z pracy (o ile takową ma) i wciąż czuje, że czegoś jej brakuje. Co robić? Jak żyć?

Mój stary to fanatyk wędkarstwa…

Podstawowym sposobem kanalizacji potrzeby sprawczości, jaki proponuje nam kapitalizm (i szerzej cywilizacja oparta na pracy wyalienowanej), jest hobby. Jest to spędzanie czasu wolnego (który sam w sobie jest konstruktem kapitalizmu) na działaniach zaspokajających potrzebę (poczucia)sprawczości, której nie zaspokoiła praca najemna.

Tytułowy fanatyk wędkarstwa, bohater klasycznej dziś copypasty, to własnie ktoś o potężnej i niezaspokojonej potrzebie sprawczości, którą realizuje poprzez równie klasyczne hobby — wędkarstwo. Czytając tę surrealistyczną opowieść możemy sobie wręcz wyobrazić, jak wygląda jego życie w pracy, jak jest traktowany przez kolegów i przełożonych, od jakich zachowań musi sie powstrzymywać, aby nie wylecieć z roboty. Opowiastka o fanatyku wędkarstwa jest lustrem (może nieco krzywym) w którym widzimy, jak współcześnie realizuje się powiedzenie, że „marzeniem niewolnika jest własnych niewolników”. Jest też wersja bardziej szokująca ;-), ale ją tu pominę.

Hobby jest więc działaniem kompensującym frustrację wynikającą z braku poczucia sprawczości. Może ono, ale nie musi być działaniem integralnym. O ile jest sporo działań „hobbistycznych” które zaspokajają rzeczywiste potrzeby działających i ich otoczenia społecznego (kiedyś to się nazywało społecznictwo, dzisiaj — wolontariat), o tyle obecnie przewagę mają działania wyalienowane i bierne, będące kolejną formą konsumpcji. Porównajmy „grę na gitarze” i „słuchanie muzyki”, a różnica między tymi grupami stanie się dosyć jasna.

Dla porządku należy wspomnieć, że również działalność polityczna, niezależnie od jej treści, może być hobby, w znaczeniu jakiego używa się w tym tekście.

Like, comment, share

Internet, media społecznościowe, a w szczególności Facebook sa przykładem całkowicie sztucznego środowiska, stworzonego specjalnie do kanalizowania ludzkiej potrzeby sprawczości w sposób w pełni kontrolowany, bezpieczny dla kapitalizmu i wysoce zyskowny dla jego koryfeuszy. Stanowi on symulację społeczności lokalnej, dzięki czemu nie czujemy alienacji. Symulacja, nota bene, jest na tyle realistyczna, że możliwe są w niej działania zintegrowane — cała masa ruchów społecznych, włączając anarchistyczne, używa FB jeko platformy komunikacji i samoorganizacji. Oczywiście pod stałym nadzorem, w pilnie strzeżonych, dozwolonych przez właścicieli granicach. Sztuczność środowiska polega nie tylko na permanentnej inwigilacji, ale też na treningu zachowań, któremu jesteśmy poddawani. Podstawą jest fetyszystyczna trójca like, comment, share, która wyczerpuje dozwolony zakres interakcji społecznych. Przez pozorną eskalację daje ona poczucie sprawczości i poczucie swobody wyboru reakcji. Ćwiczy w nas automatyzm reakcji, którego ekstremalnym przejawem jest ilość „lajków” pod postami i komentarzami wzywającymi, żeby nie lajkować. To, co utrwala w nas FB, to przekonanie, że nasza sprawczośc nie potrzebuje innego wyrazu niż like, comment, share — w szczególności nie potrzebuje żadnych działań poza ramami sztucznego środowiska. „Dałem lajka” jest facebookowym odpowiednikiem słynnego „thoughts and prayers” w odpowiedzi na prośbę o pomoc.

Drugim elementem tresury jest zmienność otoczenia. Jesteśmy przyzwyczajani do tego, że algorytmy wyświetlania informacji zmieniają się bez ostrzeżenia. Że nagle tracimy z oczu dotąd widoczne grupy, strony i profile. Że cenzura filtruje treści czasem z oczywistych, a czasem z pozornie absurdalnych powodów. To wszystko ogranicza naszą sprawczośc do dozwolonych form i utrzymuje nas w ciągłej podległości. Ale, jak pokazuje rzeczywistość, mieszanka ta jest dobrana na tyle sprawnie, a nagrody za podporządkowanie się są na tyle atrakcyjne, że już jedna trzecia ludzkości regularnie używa FB.

Część z nich próbuje jednak przyjąć bardziej aktywną rolę i podejmuje grę z systemem (i nie odnosi się to tylko do fejsbuka).

…po pierwsze, można przechytrzyć głupotę aparatu. Po drugie, można przeszmuglować do jego programu ludzkie zamiary, które nie są w nim przewidziane. Po trzecie, można zmusić aparat do wytwarzania nieprzewidzianego, nieprawdopodobnego, nasyconego informacją. Po czwarte, można pogardzać aparatem i jego wytworami oraz w ogóle odwrócić od nich uwagę, a skoncentrować się na informacji. Krótko mówiąc: wolność to strategia podboju przypadku i konieczności przez ludzkie intencje. Innymi słowy, wolność „to wymóg gry przeciw aparatowi”.

Filozofia fotografii jest konieczna, aby praktyka fotograficzna stała się w pełni świadoma. A to zaś w tym celu, że z praktyki tej wyłania się model dla wolności w kontekście postindustrialnym. Filozofia fotografii musi wykazać, że nie ma miejsca dla ludzkiej wolności w zakresie automatycznych, programowalnych i pro­gramujących aparatów i wreszcie na koniec musi pokazać, w jaki sposób jednak możliwe jest, aby dla tej wolności stworzyć odpowiednią przestrzeń. Celem filo­zofii fotografii są rozważania dotyczące tej potencjalnej wolności – a przez to i nadanie sensu życiu – w świecie opanowanym przez aparaty, w obliczu przypad­kowej konieczności śmierci. Potrzebujemy tego rodzaju filozofii, gdyż jest ona jedyną formą rewolucji, jaka nam ciągle pozostaje dostępna.

Vilem Flusser, Ku filozofii fotografii

Profesorowie biedy i hack the system

Pierwszym i najłagodniejszym poziomem oporu — kiedy paliatywy administrowane przez kapitalizm nie wystarczają — jest podjęcie „gry z aparatem”, jak to nazwał Flusser. Od wynoszenia papieru toaletowego z firmy, przez kreatywne tworzenie inicjatyw społecznych aż do wspomnianych profesorów biedy, ludzie sprawczy szukają miejsc, gdzie system kapitalistyczny ma luki lub wykazuje jakąś elastyczność. Tam próbują stworzyć nisze ekologiczne i żyć, a przynajmniej od czasu do czasu pobyć w nich, oddychając swobodniej i realizując swoją sprawczość. I znów, jak długo nie uruchomi to reakcji immunologicznej systemu (lub zewnętrzne warunki nie zmienią się, zmniejszając tolernacją dla takich procesów), jakoś da się żyć — poświęcając część benefitów na rzecz poczucia sprawczości — i w konsekwencji wolności.

Skłoty, ekowioski i rozbrat z systemem.

Rosnąca grupa ludzi szuka jeszcze bardziej radykalnych sposobów realizacji swojej sprawczości, poprzez odwrócenie się (co najmniej deklaratywne) od aparatu i jego wytworów i szukanie niszy ekologicznej nie wewnątrz, a na obrzeżach kapitalizmu. Skłoty, alternatywne społeczności miejskie, ekowioski — z perspektywy tego tekstu ich afiliacja polityczna nie jest cechą różnicującą. Ważne, że jest to forma społecznego oporu przeciw alienacji i wspólne poszukiwanie przestrzeni sprawczości. Na tym poziomie (o ile owa sprawczość nie ma się przejawiać w narzucaniu innym własnego modelu życia lub w deprecjonowaniu cudzego) istnieje szansa na współistnienie, komunikację i może nawet współpracę tych wszystkich, którzy z różnych powodów wzięli rozbrat z systemem realnego kapitalizmu.

Czynności przymusowe: ostatnia linia oporu

To wszystko wygląda ładnie, jak długo osoba ma jakiekolwiek pole manewru. Ale znaczna część z nas nie umie realizować swojej sprawczości, jest ograniczona przez czynniki zewnątrzne, albo wręcz nie jest w stanie rozpoznać swojej potrzeby. Czasem jedyne, co może uratować nas przed popadnięciem w depresję, to rytualne czynności przymusowe. Jako nastolatek, gdy mi było źle, wysypywałem na wielki blat moją kolekcję znaczków pocztowych i układałem je według kolejnego wariantu mojej własnej klasyfikacji. To wystarczyło, żebym na jakiś czas czuł, że mam kontrolę nad własnym życiem. Kiedy widzę osoby rytualnie układające sztućce na stole, sprzątające miejsca, które dla mnie już są nie do poprawienia, czy nalegające na to, żeby jeść absolutnie dokładnie to co, i jak sobie życzą, wiem, że próbują zachować minimum poczucia sprawczości, odebranego im przez społeczeństwo kapitalistyczne. Nie jest to stan, w którym chciałoby się żyć latami, ale niekiedy pozytywnej alternatywy po prostu nie ma. Chyba, że uda sie ją stworzyć…

Szczególne przypadki alienacji

Zaczęliśmy od alienacji pracy. Ale, skoro trzymamy się konwencji bałwochwalstwa jako przejawu alienacji, warto zauważyć, że są i inne dziedziny, w których alienacja się pojawia. Religia jest zbyt łatwym celem, spójrzmy więc na dwa nieco mniej oczywiste przypadki.

Wyalienowana ideologia, czyli dwie cienkie czerwone linie…

Minimalistczna definicja ideologii politycznej, jaką konsekwentnie stosuję, brzmi:

Ideologia jest to zespół niedowodliwych przekonań określajacych jak powinien być urządzony świat i jak do tego pożądanego stanu dojść, wychodząc od tu-i-teraz.

Mamy więc cel i środki do niego prowadzące. Co mogłoby pójść nie tak? 😉

Zasadniczo sa dwie możliwości:

  • Cel uświęca środki powoduje alienację celu, który wyznawcy ideologii będą próbowali realizować „po trupach”, a dokładniej metodami w istocie zaprzeczającymi wartościom, jakie ideologia określa jako podstawowe. Zakładanie spółki kapitałowej celem zwalczania kapitalizmu może być takim przypadkiem (o ile nie jest świadomym i zdyscyplinownym działaniem typu hack the system) ale próba zwalczania przemocy państwowej poprzez wprowadzenie swojej reprezentacji do Sejmu i zmianę systemu od wewnątrz już prawie na pewno będzie.
  • Czystość ideologiczna jest przypadkiem odwrotnym, kiedy alienacji podlegają środki działania, a każde odstępstwo od ich idealnej formy jest piętnowane jako zdrada. Rytualne protesty czy wręcz walki uliczne (każdy 1. maja na berlińskim Kreuzbergu) są dobrym tego przykładem. Wzajemne pietnowanie się za odstępstwa ideologiczne (w ramach dowolnego ruchu) jest niezawodnym znakiem tego procesu.

Rozsądne podejście do ideologii prowadzi wąską i krętą ścieżką, którą cienkie czerwone linie odgradzają od obu rodzajów szaleństwa.

Ogień wieżom z kości słoniowej

Uprawianie filozofii, zależnie od kontekstu, też może być wyalienowane. Dla mnie sygnałami alienacji w tej dziedzinie (i w większości dziedzin działalności umysłowej) będzie hermetyczność, skupienie na wykazaniu własnej wyższości i unikanie konfrontacji z rzeczywistością, jako testem użyteczności. Nie wszystko _musi_ być użyteczne i zrozumiałe #likeIamfive, ale świadome utrudnianie i zaciemnianie jest kotrrewolucyjne ;-).

Moje podejście do filozofowania (bardzo lubie tę plebejską formę) jest takie jak do gotowania. Jest to sposób zaspokojenia głodu (w tym wypadku głodu zrozumienia świata), poprzez mniej czy bardziej fikuśne przetwarzanie tego, co mam do dyspozycji. Moimi ograniczeniami jest dostepność składników oraz moja umiejętność ich kojarzenia, mieszania i doprawiania. Alienacja pojawia się — w moim odbiorze — gdy forma utrudnia przyswojenie treści. Ale to oczywiście też jest stwierdzenie arbitralne.

MZ:

Ta konwersacja mi trochę poszerzyła wiedzę czym jest alienacja, ale mam wrażenie że z jednej strony więcej zrozumiałem a z drugiej wydaje mi się to jeszcze bardziej zagmatwane niż wcześniej.

Wiedza w tej dziedzinie nie jest wiedzą dowodliwą wprost. To jest bardziej budowanie coraz lepszych, ale wciąż przybliżonych modeli rzeczywistości. Ich ocena opiera się z jednej strony na konsensusie (ale tu jest stała groźba alienacji/bałwochwalstwa tegoż konsensusu) a z drugiej, na przydatności — dla sprawczości lub jej poczucia.

Perspektywa stosunków społecznych widzianych w kategoriach alienacji, wyuczonej bezradności i poczucia sprawczości w żadnym wypadku nie jest kompletna. Ale jest, mam nadzieję, wystarczająco treściwa, aby polepszyć nasze rozumienie, przewidywanie i (TAK!) sprawczość w relacji z rzeczywistością.

W następnych odcinkach…

Miało być o teoriach spiskowych, ale najpierw będzie dla odmiany coś konstruktywnego. Sprawczość jako wolność, wolność jako dobro wspólne. Big Blue Ocean jako strategia anarchizmu i w ogóle ludzkości.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x